Strona główna Felietony Nexus S - powROOT do korzeni #7

Nexus S – powROOT do korzeni #7

-

Zapraszam was, na kolejną podróż w czasie. Dziś przyjrzymy się następcy ostatnio opisywanego Nexusa One. Oto przed wami – Nexus S!

Jak wspomniałem w ostatnim wpisie, seria smartfonów od Google czyli Nexusów, była pierwszym podejściem Google do własnych urządzeń. Co jednak je wyróżniało, to fakt, że tworzone były przy współpracy z innymi producentami, do czego Google otwarcie się przyznawało, poprzez umieszczenie stosownych logotypów na obudowie. System jednak był stricte zgodny z wizją Google na to, jak powinien wyglądać Android.

To czyniło te urządzenia niesamowitymi. Niemniej, przejdźmy do meritum, czyli bohatera tego wpisu. A jest nim Nexus S, stworzony przy współpracy z Samsungiem. Google „przerzuciło” się z HTC, tym samym powodując sporą zmianę stylistyczną – w Nexusie S z każdej strony czuć Samsungową Galaktykę.

Nexus S = Galaxy S

Można niejako odnieść wrażenie, że Nexus S był wzorowany na Galaxy S – bliźniaczym modelu od Samsunga. I zasadniczo nie rozminie się to daleko z prawdą, bowiem jedno drugim było mocno inspirowane, choć nie jest to kopia 1:1. Wystarczy jednak wziąć urządzenie w dłoń, by rozpoznać znajome krzywizny obudowy.

Specyfikacja

Czy w środku również jest podobnie? Spójrzmy na specyfikację techniczną.

  • Wymiary i waga: 123.9×63×10.9mm, 129g
  • Wyświetlacz: S-LCD 4 cale, 480×800
  • SoC: Hummingbird 1.0GHz, wraz z grafiką PowerVR SGX540
  • RAM: 512MB
  • Pamięć wewnętrzna: 16GB
  • Aparat główny: 5 Mpix, AF
  • Aparat przedni: VGA
  • Bateria: 1500mAh
  • Oprogramowanie: Android 4.1.2
  • Łączność: Wi‑Fi 802.11 a/b/g, Bluetooth 2.1, MicroUSB, Jack 3.5mm

Wygląd i jakość wykonania

Cóż można rzec. Typowy Samsung. Jak wspomniałem na początku wpisu, widać inspirację charakterystyczną stylistyką znaną z Galaxy S. Obłe krawędzie, zagięcie obudowy w dolnej części dla lepszego chwytu. Do tego Nexus S ma lekko zakrzywiony front, dzięki czemu lepiej dopasowuje się do twarzy w czasie rozmów. I choć niemal całe urządzenie sponsoruje „plastik fantastik”, to nie można mu niczego zarzucić w kwestii solidności. Ot taki niepozorny smartfon. Ekran to z kolei szkło hartowane.

Niemalże cały front przeznaczony jest na wyświetlacz. Pod nim, znajdziemy jedynie przyciski pojemnościowe służące do nawigowania po systemie.

Ledwo widoczne, ale jednak są. W ciemności ich czytelność zdecydowanie wzrasta, są one bowiem podświetlane.

Nad ekranem z kolei, możemy uświadczyć słuchawkę do rozmów i – nowość w linii Nexus – frontową kamerkę. Choć przyznam szczerze, że nie płakałbym, gdyby jej tu nie było. Ale o tym później.

Tył urządzenia zdobi aparat, tuż obok dioda doświetlająca, po drugiej stronie znajdziemy z kolei głośnik. Niżej możemy zobaczyć logotypy Samsunga i Google, a dół zwieńczono charakterystycznym dla tamtej ery Samsungów zagięciem, co według producenta miało zapewnić lepsze ułożenie w dłoni.

Dolna krawędź to złącze MicroUSB i Jack 3,5mm.

Na prawym boku znajdziemy jedynie włącznik.

Lewa strona to przyciski głośności.

Całościowo design może się podobać. Nie jest to może wykonanie na poziomie dzisiejszych flagowców, ale jednak ma swój unikalny urok.

Ekran

Ekran, ekran. Tutaj zderzamy się z dosyć dziwnym zagraniem i szczerze nie wiem kogo tu winić – Samsunga czy Google. Nexus S występował bowiem w dwóch wariantach modelu – GT-I9020 oraz GT-I9023. Z informacji zamieszczonych na stronach poświęconych specyfikacjom wynika, że 9020 to wariant globalny, natomiast 9023 – Indyjski. Śmiem jednak twierdzić, że również Europejski, ze względu na to, że próżno szukać w naszym kraju wariantu 9020. Przejdźmy jednak do meritum sprawy. Co ma to do ekranu?

A no to, że wariant GT-I9020 wyposażono w znany z Galaxy S wyświetlacz typu SuperAMOLED, podczas gdy wariant GT-I9023 otrzymał „jedynie” matrycę S-LCD. Niestety na dzień przygotowywania dla was tego materiału – nie posiadam wariantu z ekranem SuperAMOLED by pokazać wam różnice. Niemniej jest to matryca praktycznie identyczna jak w przypadku opisywanego wcześniej Galaxy S, tak więc jako-taki kontrast możecie wyłapać.

Sam w sobie ekran nie jest zły, cechuje go znośna jasność maksymalna, jak również akceptowalna jasność minimalna. Kąty widzenia także są do przeżycia. Niemniej kontrast leży, czerń w zasadzie nie istnieje (co tym bardziej boli, patrząc na to, że starsze odsłony Androida stawiały na czernie i szarości w interfejsie), kolory są w miarę naturalne. Reasumując – nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Szkoda. Tym bardziej dziwi mnie rozbicie modelu na dwa warianty z tak różnymi wyświetlaczami.

Codzienne użytkowanie

Motyw przewijający się w moich wpisach do tego stopnia, że znając datę wydania urządzenia, treść tego akapitu możecie odgadnąć. Cóż jednak mogę poradzić – specyfikacja swoje robi. Na codzień, jako awaryjne urządzenie do wykorzystania z aplikacjami w wersjach Lite – jeszcze jak. Odtwarzacz muzyki? Proszę bardzo. Coś więcej? Niekoniecznie. Na plus jednak Android 4.1.2, który sprawia, że możemy zainstalować więcej aplikacji, niż w przypadku dotychczas opisywanych urządzeń. Nie żeby były to aplikacje, które radykalnie zbliżą nas do tegorocznych smartfonów, ale jednak alternatywa jest.

Sam Android zaś działa całkiem przyjemnie, jak na parametry urządzenia. Oczywiście te, na dzień wydania były topowe, ale jednak działały pod kontrolą starszej wersji Androida, niż najnowsza dostępna.

Aparat

Długo zastanawiałem się, jak opisać abominację jaką jest doświadczenie płynące z fotografowania tym smartfonem. Nie wiem co tam się zadziało, ale widzieliście zdjęcia z Nexusa One, prawda? Dawało się odczuć, że jest to urządzenie z którego idzie coś wykrzesać. Jeśli więc mieliście nadzieję, że Nexus S coś poprawi, to lepiej odwróćcie wzrok od monitora i przewińcie stronę w dół. Jedno słowo. Koszmar. Sprane kolory, przepalone fotografie. O ile ręcznie nie ściągniemy ekspozycji w ustawieniach, nie ma mowy o zdjęciu, na którym niebo nam nie wypali oczu.

Totalnie nie mam pojęcia skąd tak radykalna zmiana względem Nexusa One, w dodatku na gorsze. Zwłaszcza, że znowuż Galaxy S też nie był tragiczny. Brak mi słów. I tak, biorę poprawkę na to, że to stary smartfon. Nie mniej takiego „czegoś” nie da się zaakceptować, nawet z przymrużeniem obojga oczu.

Jeśli mało wam wrażeń, to przedni aparat jest jeszcze ciekawszym zjawiskiem. Wyobraźcie sobie powyższe fotografie, tylko pogorszone jakością o jakieś 75%. Gotowi? To teraz spójrzcie poniżej. Kurtyna w dół, czapki z głów, można się rozejść.

To już nawet nie tragedia, to porażka. Jak wspomniałem w sekcji poświęconej designowi – gdyby ktoś ten aparat zabrał, podziękowałbym mu. Taka kamerka nie nadaje się nawet do wideorozmów, bo nasz rozmówca będzie połowę naszej twarzy musiał sobie przywołać z pamięci i nałożyć na plamę generowaną przez urządzenie.

Nexus S = Udany następca z jednym „ale”

Coby nie wywrzeć wrażenia, że zrugałem ten smartfon z góry na dół, jako podsumowujący akcent powiem wam – przyjemne doznania. Poza aparatem który jest niczym rodzynka w serniku i dziwną (choć to mocno subiektywne, znam osoby dla których byłoby to zaletą) decyzją odnośnie typu wyświetlacza, nie miałem w sumie na co narzekać.

Źródło: GSMArena

Korzysta się z tego przyjemnie, fajnie leży w dłoni. Taki kompaktowy, awaryjny smartfonik, będący jednocześnie kawałkiem ciekawej historii jaką jest seria Nexus.

A wy mieliście Nexusa S? Jeśli tak to który wariant? Dajcie znać w komentarzach!

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej